Rozważyliśmy więc wiele powodów, dla których mąż może stać się agresywny, drażliwy, porywczy, nerwowy. Teraz omówimy, jak żona powinna zachowywać się w takich sytuacjach i co robić. Porada psychologa: Zachowaj dystans. Jeśli mąż stał się zły i agresywny, uprzykrza ci życie i nie możesz znaleźć z nim wspólnego języka. Podnoszenie głosu szkodzi relacji i nie przynosi zamierzonego efektu. Kiedy ktoś ciągle krzyczy podczas rozmowy, stosuje emocjonalną tyranię. Jego celem jest zdobycie przewagi w tej sytuacji, gdy często brak argumentów, a wrzask jest sposobem na zdobycie kontroli. Łatwiej jest zakrzyczeć i zastraszyć, niż wypracować kompromis. Maine Poochha Chand Se (From "Abdullah") Lyrics by Anand Bakshi from Someone Somewhere Is Made For You. Now, listen to all your favourite songs, along with the lyrics, only on JioSaavn. – Mój mąż też lubił pierogi – odparłam, żeby coś powiedzieć. – Więc często robiłam i do tej pory mi to zostało. Dzieci się zjeżdżają do mnie co dwa tygodnie jak do pierogarni. – A moja żona nie lubiła gotować – pokręcił głową. – Mówiła, że nie ma do tego talentu. Więcej listów do redakcji: „Teściowa to hetera, która ciągle mnie krytykuje i poucza. W uszach mam tylko jej ciągły jazgot” „Nasza miłość przetrwała życiowe burze, a pokonały ją drobne nieporozumienia. Mąż odszedł bez wyjaśnienia” „Mąż zdradził mnie z moją przyjaciółką, a ja postanowiłam, że już zawsze Co za tragedia!" "Mój mąż nigdzie ze mną nie wychodzi. Siedzimy ciągle w domu i tak od 5 lat Co za tragedia!" Nina Brzozowska. canva,com. Przejdź do galerii. Niedziela, 13 listopada 2022. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak powinno wyglądać małżeństwo po kilku latach, bo wydawało mi się, że nasze na początku jest . Kochani proszę o poradę bo nie wiem co mam robić. Proszę też bez obrażania. Mam męża jesteśmy razem 7 lat mamy 2 dzieci. Ale jest tak że mąż nie chce pracować na umowę woli na czarno. Czasami krzyczy na mnie ale nie odzywam się i jakoś to idzie do przodu. Moja teściowa potrafi mnie obrażać i naśmiewać się z mojego wyglądu, że np: nie mam piersi i że kupi mi maść na wzrost piersi i mówi to przy obcych ludziach. Mówiłam o tym mężowi ale on nie umie się postawić swojej matce. Jak mówię, że ma się nie wtrącać w to jak wychowuje dzieci to mnie poucza. Kocham innego mężczyznę ale boję się mu o tym powiedzieć, że mnie wyśmieje a ja bym bardzo chciała z nim być. Nie wiem czy on mnie kocha ale marze aby z nim być często mi się śni. Co robić? fot. Adobe Stock, fizkes Kiedy po pobycie w szpitalu syn przywiózł mnie do domu, zrozumiałam, że nic nie będzie już takie samo jak przedtem. Czułam się słaba i chora. Zawsze byłam energiczną, pełną życia kobietą Nawet po przejściu na emeryturę nie zasiadłam przed telewizorem z drutami w rękach i motkami wełny w koszyku. Spotykałam się z przyjaciółkami na brydżu, byłam wolontariuszką w schronisku dla zwierząt, chodziłam na wykłady na uniwersytecie trzeciego wieku. Nigdy nie czułam się samotna, choć mąż zmarł dawno temu, jedyny syn, Marek, przeprowadził się z żoną przed laty do innego miasta, a Magdalena, moja dorosła wnuczka, wyjechała do pracy za granicę. Było mi oczywiście trochę przykro, że rozmawiam z najbliższymi głównie przez telefon i widuję ich właściwie tylko z okazji świąt i rodzinnych uroczystości, ale jakoś się z tym pogodziłam. Doszłam do wniosku, że takie jest życie, i nie ma się o co obrażać ani wpędzać w depresję. Niektóre moje znajome bardzo cierpiały z tego powodu. Żaliły się, że czują się zapomniane przez rodzinę, opuszczone, niepotrzebne. A ja? Dziękowałam Bogu, że jestem sprawna, jak na swój wiek zdrowa, a więc i samodzielna. Myślałam, że tak będzie do końca moich dni. Niestety… Pół roku temu miałam zawał Dokładnie pamiętam tamten koszmarny wieczór. Wracałam do domu. Całe popołudnie spędziłam ze swoimi czworonożnymi podopiecznymi ze schroniska. Wyprowadziłam je na spacer, wygłaskałam. Łóżko. Nie czułam się najlepiej, ale myślałam, że winna jest pogoda. Raz padał deszcz, zaraz potem wychodziło słońce i znowu deszcz. Ciśnienie skakało jak szalone. Byłam już prawie pod blokiem, gdy poczułam potworny ból w piersiach. Nie mogłam złapać tchu. Próbowałam zrobić jeszcze kilka kroków, ale nie byłam w stanie. Nogi się pode mną ugięły, świat zawirował… Upadłam. Ostatnie, co pamiętam, to przerażony głos sąsiadki, która krzyczy do męża, żeby natychmiast dzwonił na pogotowie. Obudziłam się w szpitalu. Byłam obolała, bo padając, trochę się potłukłam, ale żywa. Natychmiast poprosiłam pielęgniarkę, by zadzwoniła do syna. Przyjechał następnego dnia. Był lekko przestraszony, ale szczęśliwy, że z tego wyszłam. – Rozmawiałem przed chwilą z lekarzem. Powiedział, że zawał nie był zbyt rozległy, że szybko wrócisz do zdrowia – zapewnił. – To wspaniale! – ucieszyłam się, podnosząc się na poduszce. – Ale nie od razu. Leż, mamo – powstrzymał mnie syn. – To wymaga czasu. Może więc, jak wyjdziesz ze szpitala, to pojedziesz na kilka tygodni do nas? Zaopiekujemy się tobą z Iwoną, nabierzesz sił, staniesz na nogi… – tłumaczył. – Dziękuję ci, kochanie, za dobre serce, ale naprawdę poradzę sobie. Możesz spokojnie wracać do domu – odparłam szybko. Bardzo kocham swojego syna, lecz z synową jakoś nigdy nie mogłam się dogadać. W przeszłości, gdy mieszkali jeszcze u mnie, często dochodziło między nami do konfliktów. Iwona lubiła rządzić, postawić na swoim, mimo że przygarnęłam ją pod swój dach i powinna była mi okazywać szacunek i wdzięczność. Ale ona zawsze wszystko wiedziała najlepiej i wprowadzała własne rządy. Nawet do garnków nie pozwalała mi zajrzeć Na samą myśl, że miałabym z nią spędzić kilka tygodni, robiło mi się słabo. Poza tym byłam przekonana, że poleżę kilka dni w szpitalu i wszystko będzie jak dawniej. Niestety, nie było. Choroba zwaliła nie z nóg. Dosłownie. Z energicznej, wiecznie zabieganej kobiety, stałam się nagle niepełnosprawną staruszką. Na wszystko brakowało mi sił. Na dodatek z przerażeniem zauważyłam, że przy każdym, nawet najmniejszym wysiłku moje serce dosłownie wariowało. Zaczynało walić jak szalone… Obawiałam się, że nie wytrzyma, i znowu coś się stanie. Właściwie tylko w domu, a dokładniej mówiąc, w łóżku czułam się bezpiecznie. Skończyły się więc wyprawy do schroniska, na uniwersytet, brydża. Zamiast stopniowo wracać do aktywnego życia, leżałam głównie pod kołdrą, gapiąc się w telewizor. Nie wstawałam nawet wtedy, gdy odwiedzały mnie przyjaciółki. Kiedyś śmiałam się ze starszych ludzi, którzy spędzali w ten sposób dzień, litowali się nad sobą, kwękali i stękali z byle powodu. A teraz sama tak się zachowywałam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że wylegując się całymi dniami, tylko sobie szkodzę, jednak strach przed kolejnym zawałem był silniejszy. Marka oczywiście bardzo martwiła moja bezsilność i bezczynność. Przyjeżdżał co tydzień w sobotę lub niedzielę, by zrobić cięższe zakupy, trochę ogarnąć mieszkanie. Gdy widział mnie w łóżku, łapał się za głowę. – Mamo, tak nie można. Najgorsze masz już za sobą. Musisz się więcej ruszać. Chodzić do sklepu, na spacery… – tłumaczył mi za każdym razem. – Wiem, wiem, ale cóż ja poradzę na to, że jestem taka słaba, syneczku. Sam zobacz, nie mogę ruszyć ręką ani nogą – jęczałam. – Może jednak spróbujesz? Pomogę ci. Pójdziemy do parku, zobaczysz, dobrze ci to zrobi – nie ustępował. – Dziś nie. Ale jutro być może poczuję się lepiej. Wtedy już na pewno wybiorę się na spacer – odpowiadałam na odczepnego. – Obiecujesz? – patrzył mi w oczy. – Na sto procent – krzyżowałam za plecami dwa palce. Prawdę mówiąc, to jego zrzędzenie doprowadzało mnie do białej gorączki. Nie rozumiałam, dlaczego tak się upiera Jak ja miałam się ruszać, spacerować, gdy po zwykłej wyprawie do sklepu na drugą stronę ulicy miałam mroczki przed oczami i ledwie mogłam oddychać? A po wizycie kontrolnej w przychodni i badaniach czułam się tak, jakbym przebiegła maraton! Obiecywałam więc, że będę się więcej ruszać, nawet kręciłam się przy nim trochę po kuchni, ale gdy tylko Marek wyjeżdżał, wskakiwałam pod kołdrę. Myślałam, że moje zapewnienia są przekonujące, i Marek da mi święty spokój. Chciałam go uspokoić, żeby przypadkiem nie wpadł na pomysł zabrania mnie do siebie do domu! Okazało się jednak, że nie… To było trzy miesiące po moim wyjściu ze szpitala. Syn jak zwykle zapowiedział w sobotę swój przyjazd. Żeby go nie denerwować i uniknąć zrzędzenia, że znowu leżę, wstałam, pościeliłam łóżko i ubrałam się w domową sukienkę. Byłam pewna, że jak zwykle pokręci się kilka godzin, zrobi to, co zwykle, pogada na temat mojego zdrowia i pojedzie. On miał jednak zupełnie inny plan. Nie od razu zorientowałam się, że Marek zamierza u mnie zostać na dłużej. Dopiero kiedy wtaszczył do przedpokoju walizkę, zaczęło do mnie docierać, że to może nie być zwyczajna, krótka wizyta. – A po co ci ta wielgachna torba? Zamierzasz u mnie zostać? – chciałam się upewnić. – Wyobraź sobie, że tak. Dostałem trzy tygodnie urlopu i postanowiłem spędzić go u ciebie. Chcę zobaczyć, jak spacerujesz, nabierasz sił, wracasz do zdrowia. Cieszysz się, że zrobiłem ci taką niespodziankę? – zapytał z uśmiechem. – Cieszę się, cieszę. Tylko po co to poświęcenie… Tak ciężko pracujesz od rana do nocy. Powinieneś gdzieś wyjechać, odpocząć nad pięknym morzem lub w górach. No i twoja żona pewnie nie jest zadowolona, że zostawiłeś ją samą na tak długo… – zrobiłam zatroskaną minę. – Iwona nie dostała na razie wolnego, więc i tak nigdzie byśmy nie pojechali. Poza tym ma w pracy urwanie głowy, bo robią jakiś nowy projekt, i prawie się nie widujemy. Bardzo chętnie posiedzę u ciebie. Pójdziemy na targ na zakupy, nagotujesz moich ukochanych gołąbków i klopsików w sosie pomidorowym… Iwona ostatnio karmi mnie jakimiś świństwami z puszki, bo nie ma czasu na gotowanie. Brrr, ohydztwo! No i oczywiście wybierzemy się na cmentarz, na grób taty. Tak dawno tam nie byłem. Ostatni raz chyba w ubiegłym roku. Aż wstyd – ciągnął. – Nie wiem, synku, czy dam radę. Nie czuję się najlepiej. Każdy krok mnie męczy – westchnęłam. – Naprawdę? A przecież obiecywałaś mi w trakcie każdej wizyty, że powoli będziesz wracać do aktywnego życia, zaczniesz wychodzić z domu. Jeśli dotrzymywałaś słowa, powinnaś być już w niezłej formie. No, chyba że przez cały czas z premedytacją oszukiwałaś – przyglądał mi się uważnie. – Chciałam dotrzymać słowa, przysięgam. Ale okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Gdy tylko oddaliłam się za bardzo od naszego bloku, to zaraz ogarniał mnie strach, że zasłabnę, rozłożę się jak długa na ulicy i jeszcze sobie coś złamię. A wiesz, że w moim wieku to niebezpieczne. Więc wracałam do mieszkania. Chyba to rozumiesz – tłumaczyłam się pokrętnie. – Oczywiście, oczywiście… Na szczęście ten problem mamy już z głowy. Możesz bez obaw spacerować. Będę przecież przez cały czas przy tobie i w razie czego cię złapię. Nic się nie martw. Wszystko sobie dobrze zaplanowałem i przemyślałem – mówił z entuzjazmem. Zazwyczaj rodzice cieszą się z odwiedzin dzieci Ale ja miałam wtedy nietęgą minę. Zdawałam sobie sprawę z tego, że syn doskonale wie, że oszukiwałam, i podczas jego nieobecności nawet nie próbowałam wybrać się na spacer. Byłam też pewna, że w czasie swojego pobytu będzie się starał zrobić wszystko, by zmusić mnie do większej aktywności. Bałam się tego jak diabli. Leżenie i bezczynność zrobiły swoje i byłam nawet słabsza niż tuż po wyjściu ze szpitala. Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że jeśli gdzieś razem wyjdziemy, to naprawdę wyłożę się na ulicy jak długa. Kiedy więc syn z zapałem opowiadał, co będziemy przez te trzy tygodnie robić, ja zastanawiałam się nad tym, jak się od tego wykręcę. Przez pierwsze trzy dni udawało mi się całkiem nieźle. Przygotowałam co prawda Markowi jego ulubione gołąbki, a potem klopsiki, ale zakupy musiał robić sam. Mówiłam, że nie mogę z nim iść do sklepu, bo kręci mi się w głowie, pogoda jest niestabilna i serca mi omal z piersi nie wyrwie. Wysłuchiwał tych tłumaczeń w miarę spokojnie, bo cieszył się, że przynajmniej przy kuchni stanęłam. Ale czwartego dnia stracił cierpliwość. – Za oknem świeci słońce, wieje przyjemny chłodny wiaterek, ciśnienie masz modelowe. Mamo, jedziemy do taty, na cmentarz – zarządził z samego rana. – Nie ma mowy. Od bramy do grobu jest chyba z kilometr. Żebym nie wiem jak się starała, nie dojdę. Jedź sam – zaprotestowałam. – O, co to, to nie! Poradzisz sobie. Poza tym tacie jest na pewno już bardzo przykro, że o nim zapomniałaś – stwierdził, patrząc mi prosto w oczy. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby trafić w czuły punkt. Bardzo kochałam męża i było mi głupio, że przez chorobę zaniedbałam jego grób. – No dobrze, pojadę, ale jak zasłabnę, to będziesz mnie miał na sumieniu – poddałam się. Rany Boskie! Iwona przyjedzie? Droga do grobu męża nie była łatwa. Przed zawałem pokonywałam ją w góra dwadzieścia minut. I to obładowana kwiatami i zniczami. A teraz wlokłam się noga za nogą, sapiąc jak parowóz, i przystając co chwila. Gdy dotarłam wreszcie na miejsce, czułam się tak, jakbym wdrapała się na Mount Everest. Ledwie żywa osunęłam się na ławeczkę. Minęło dobrych kilka minut, zanim się pozbierałam i byłam w stanie zapalić na grobie męża znicz. – Ty to chyba chcesz, żebym się tu obok ojca za chwilę położyła – powiedziałam do syna, ciągle z trudem łapiąc powietrze. – Właśnie że tego nie chcę i dlatego zmuszam cię do wysiłku, mamo – odparł spokojnie Marek. – Ale przecież widzisz, że nie daję rady – jęknęłam. – Jak to nie dajesz? Przecież jesteśmy na miejscu. A ty ciągle oddychasz. Może z trudem, ale jednak – uśmiechnął się Marek i wyjął z torby butelkę wody. – Napij się… – Tym razem jakimś cudem się udało. Ale następnym mogę paść trupem. Na przykład w drodze powrotnej do samochodu – obruszyłam się. – Nie padniesz, nie padniesz. Wyniki badań masz modelowe. Wiem, bo zajrzałem do twoich papierów… Jesteś taka zamęczona, bo nic nie robisz, tylko się wylegujesz w łóżku – znowu zaczął starą śpiewkę. – Ile razy mam ci powtarzać, że na nic więcej nie mam siły?! – Odzyskasz je, jeśli zaczniesz chodzić, normalnie żyć. Zobaczysz, mamuś, jeśli się zmobilizujesz, rozruszasz kości, wzmocnisz serce, to za kilkanaście dni wyprawa na cmentarz będzie dla ciebie zwyczajnym spacerkiem – upierał się. – O nie, kochany! Więcej mnie nie namówisz na żadne takie wyprawy! Koniec, kropka! Za wiele mnie to kosztowało – zdenerwowałam się. – Mimo wszystko będę próbował – syn się nie poddawał. – I nic nie wskórasz. Chyba nie zamierzasz zmuszać mnie do chodzenia siłą, nie daj Boże, sterroryzować? – zapytałam z przekąsem. Syn przez chwilę się zastanawiał. – Rzeczywiście, chyba się na to nie odważę. Może zabraknąć mi silnej woli, a przede wszystkim stanowczości. Za bardzo cię kocham, żeby bezwzględnie naciskać – odparł. – No właśnie, więc skończmy z tym cyrkiem. Jak przyjdzie czas, to wrócę do aktywnego życia. A na razie błagam cię, daj mi święty spokój – powiedziałam stanowczym tonem. Ale syn jakby mnie nie słuchał. – Tak, rzeczywiście, mogę być za miękki… Ale Iwona raczej nie będzie wobec teściowej taka łagodna – ciągnął dalej, jakby do siebie. – Twoja żona?! – Owszem – skinął głową. – A niby co ona ma do mojego zdrowia? – zdziwiłam się. – Opowiadałem jej co nieco o twoim zachowaniu w ostatnich tygodniach. Nie była zachwycona. Gdy wyjeżdżałem do ciebie, stwierdziła, że raczej nie będzie mi łatwo wyciągnąć cię z domu, zmusić do aktywności. Jesteś przecież taka uparta… – zaczął tłumaczyć. – Jak możesz! – obruszyłam się. – Mamo, błagam, daj mi skończyć. No więc Iwona obiecała, że jeśli ja sobie z tobą nie poradzę, to mnie po tych trzech tygodniach u ciebie zastąpi – wypalił. Zamarłam. Dobrze, że siedziałam na ławeczce bo chyba bym się przewróciła. – Żartujesz, prawda? – wykrztusiłam. – Powiedz, że to żart. – Wcale nie. Za tydzień, najdalej dwa, Iwona skończy projekt i będzie wreszcie mogła wziąć wolne. Z tego, co mi mówiła, wynika, że z zaległym urlopem z ubiegłego roku jest tego ponad półtora miesiąca – odparł. – Słucham?! – Naprawdę! Obiecała, że przyjedzie i postawi cię na nogi. A sama wiesz, jaka ona jest. Jak sobie coś postanowi, to tak musi być, i już. Nieraz się z tego powodu kłóciłyście w przeszłości – przypomniał mi. – No właśnie! I dlatego uważam, że blefujesz! Twoja żona nigdy nie poświęciłaby dla mnie swojego cennego urlopu! Na pewno woli poleżeć gdzieś na plaży, niż opiekować się teściową – zakrzyknęłam. Syn tylko się uśmiechnął. – Zapewniam cię, że to zrobi. Może faktycznie nie kocha cię tak mocno jak rodzoną matkę, ale zależy jej na twoim zdrowiu. Tak samo jak mnie. Więc nie łudź się, mamo, że zrezygnuje. Przyjedzie i wprowadzi tu swoje porządki – zapewnił. – Nie ma mowy! Masz do niej zadzwonić i natychmiast wybić jej ten głupi pomysł z głowy! – zażądałam. – Teraz to ty żartujesz! Za żadne skarby nie sprzeciwię się Iwonie. Nie mam ochoty na piekło w domu! A poza tym, dlaczego mam jej wybijać ten pomysł z głowy? Przecież mnie też zależy, żebyś stanęła na nogi – odparł z niewinną minką. Byłam zdruzgotana – To szantaż! Ojciec się w grobie przewraca, gdy to słyszy – powiedziałam rozżalonym tonem. Na to syn podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. – A ja sobie myślę, mamo, że bardzo się cieszy – odparł ciepło. Nie muszę chyba mówić, co było dalej. Poddałam się „terrorowi” syna. Wolałam już to, niż półtora miesiąca męczarni z synową. Na samą myśl, jak bierze mnie do galopu, pogania, poucza, ciarki mi po plecach przechodziły. Gdy więc następnego dnia Marek zaproponował spacer do parku, nawet nie próbowałam protestować… Wiedziałam, że tylko tak się uchronię przed wizytą Iwony. Początki powrotu do normalnego życia nie były łatwe. Szybko się męczyłam, co chwila musiałam odpoczywać. Serce oczywiście waliło mi jak oszalałe, ale syn tak sprytnie zabawiał mnie rozmową, że w pewnym momencie przestałam zwracać na to uwagę. Po kilku dniach ze zdumieniem i radością stwierdziłam, że czuję się coraz lepiej. Wracały mi siły i dawna energia. Serce też przestało wariować. Nawet po półgodzinnej przechadzce i gotowaniu kolejnej porcji gołąbków dla Marka biło rytmicznie, spokojnie. Gdy po trzech tygodniach żegnałam się z synem, obiecałam, że nie będę już spędzać dni w łóżku. – Mam nadzieję. Bo jak nie, to wiesz… – pogroził mi palcem. Tym razem dotrzymałam obietnicy. Jestem aktywna. Znowu spotykam się z przyjaciółkami na brydżu, chodzę na wykłady, coraz częściej zaglądam do schroniska dla zwierząt. Spacerując z psiakami po okolicznych polach, zastanawiam się, co by ze mną było, gdyby nie determinacja syna. No i strach przed synową… Czytaj także:„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę” Nawigacja: Post: Czy u was też są sytuacje że wasz mąż jest bardzo zżyty ze swoją rodziną i często z nimi spędza czas? Rodzice po godzinach | 2019-06-23 14:57:46 Nasze forum dyskusyjne dostępne jest tylko dla zarejestrowanych i zalogowanych użytkowników. Nie trać czasu, zarejestruj się i zaloguj teraz! Zarejestruj się » Zaloguj się » Mama post napisany: 2019-06-23 14:57:46 Czy u was dziewczyny też jest taka sytuacja ze mąż bardzo dużo czasu poświęca swoim rodzicom? Czasem mam wrażenie że jest bardziej zżyty z nimi niż że mną często jeździ do nich pomaga przy domu, czasem zabiera córkę że sobą a czasem zostajemy same i niekiedy czuje się trochę odtracona tak jakby oni byli na 1 miejscu. On twierdzi że przesadzam Viki28 Mama post napisany: 2019-06-23 16:09:51 Mój mąż ma bardzo dobry kontakt ze swoimi jak i moimi rodzicami co mnie bardzo cieszy. Odwiedzamy jednych i drugich co tydzień. Nigdy nie było między nami nieporozumień z tego powodu. Nikt się nie wtrąca w nasze sprawy ani nie poucza. Zawsze możemy liczyć na ich pomoc i dobrą radę. Paulina Mama post napisany: 2019-06-23 16:19:20 Mój mąż ma dobre kontakty z naszymi dziećmi ale nie odczuwam nic takiego że czułabym się odtrącona z jego steony czy coś w tym rodzaju. Może warto o tym porozmawiać z mężem. Wyjaśnić sobie wszytko myślę że to jest najlepsze wyjście. anna936605 Mama post napisany: 2019-06-23 17:34:40 rozumiem ciebie doskonale też mam podobną sytuację. Narzeczony jest najstarszy z piątki braci i załatwia im wszystko za rodziców, za każdym razem odbiera z odworca chociaż rodzice mieszkają bliżej. Czasem mam wrażenie, że jak będę jechać na porodówkę to najpierw trzeba będzie odebrać brata z pkp. Mój mówi, że to mija i on już zaprzestaje tego typu sytuacjom, że przesadzam, bo ja jestem najważniejsza i oczekuje ode mnie żebym mu powiedziała wprost-nie jedź, zostań ze mną, pomóż mi. Tylko, że ja nie potrafie mu tego zabronić, sama mam starsze rodzeństwo, które ma już swoje rodziny i dla mnie i dla moich rodziców to logiczne, że małżeństwo to dwoje ludzi i nie można wiecznie zwalać się mu na głowe. kropa Mama post napisany: 2019-06-23 19:04:06 Mój Mąż jest bardzo rodzinny, ze względu na to że mieszkamy 200 km od domu rodzinnego, bardzo dużo wisi na telefonie, a jak jedziemy do rodziców to praktycznie o mnie zapomina i zajmuje się sprawami rodziców, braci i siostry, mam wrażenie że wszyscy coś od niego chcą. Jest to wkurzające nie powiem, ale z drugiej stronny rodzinny Mąż to skarb, po tym można poznać czy będzie dobrym Mężęm i Ojcem, jeśli dobrze traktuje swoją rodzinę to nas też będzie. Mama Zosi Mama post napisany: 2019-06-23 19:32:28 U nas nie ma tego problemu, z racji tego, iż mąż już nie ma rodziców. Z jednej strony to dobrze, że mąż troszczy się o swoich rodzicow-to dobrze o nim swiadczy. Ale jesli troche przesadnie duzo poswieca im czasu to tez nie za dobrze. Dobrze byloby jakies wyposrodkowanie znalezc, kompromis. Mlodamama92 Mama post napisany: 2019-06-23 19:36:25 Nie mam takiego problemu. Ma dobre kontakty z rodzina, ale jak juz gdzies jedzie to zabiera nas zazwyczaj ze sobą. No chyba ze jedzie do swojej mamy. Wtedy lepiej jak jedzie sam niz jakbysmy mieli jechac wszyscy, bo nie lubie tam przesiadywac. kropa Mama post napisany: 2019-06-23 23:42:04 Myślę że najgorzej jak Mąż jest jedynakiem, wtedy rodzice są skupieni na swoim synku i cieżko im odciąć pępowine. Mój Mąż ma czworo rodzeństwa więc nie jest osaczony przez rodziców, ich uwaga się rozkłada na wszystkie dzieci, jedyne co że rzadko jesteśmy w domach rodzinnych i jak już przyjedziemy to chcą go mieć tylko dla siebie, ale jestem w stanie przeżyć te kilka dni. Nie wyobrażam sobie jednak mieszkania w tym samym mieście. Juliankowy_swiat Blogerka post napisany: 2019-06-24 01:53:05 Mój mąż ma bardzo dobry kontakt z rodziną jeśli trzeba to pomaga, ale na każdym kroku pokazuje mi, że to my jesteśmy dla niego najważniejsi. Nie wyobrażam sobie życia w trójkącie Może porozmawiaj z nim, że pora przeciąć pępowinę? :P mamaskarbow Mama post napisany: 2019-06-24 02:04:38 Oczywiście że mam takie wrażenie. Mieszkamy z jego rodzicami i ja dość często o coś muszę się prosić i 3 dni a jego mama czy tata poprosza robi odrazu. I też mam wrażenie że rodzicom poświęca więcej czasu niż nam. Zgłoszenie postu do moderacji Pomóż nam zrozumieć, co się stało Krótko uzasadnij przyczynę zgłoszenia posta Zgłoszenie postu do moderacji Twoje zgłoszenie zostało przyjęte Nasi moderatorzy przyjrzą się zgłoszonej przez Ciebie sprawie Despota to słowo, którym określamy osoby apodyktyczne, nie liczące się z cudzym zdaniem, naginające innych do swojej woli i nie znoszące sprzeciwu. Jak rozpoznać despotę i jak sobie radzić z despotycznym szefem lub partnerem? Słowo “despota” wywodzi się ze starożytnej greki – oznaczało “pana”. W Bizancjum był to wręcz tytuł honorowy nadawany krewnym cesarza. Współcześnie jednak używamy go głównie w ujęciu psychologicznym, jako określenie osoby o pewnych cechach osobowości. Kto to jest despota? Despota – co to znaczy? W ujęciu psychologicznym despota to człowiek charakteryzujący się władczą, apodyktyczną osobowością. Wyróżniają go pewne określone cechy, takie jak: poczucie wyższości egoizm upór chłód emocjonalny krytycyzm wobec innych potrzeba kontroli niezdolność do kompromisu skłonność do gniewu. Osobowości despotycznej często towarzyszy także skłonność do stosowania przemocy. Wielu sprawców przemocy domowej ma despotyczny rys osobowości i zachowuje się wobec swoich członków rodziny niczym władca absolutny, którego słowo jest prawem. Domowy tyran i despota często stosuje rozmaite systemy kar (rzadko nagród) za najdrobniejsze przewinienie, lubi też kontrolować każdy aspekt życia domowników: to, co robią w domu i poza nim. Podporządkowanie sobie bliskich, odbieranie im prawa do własnego zdania, własnych decyzji, wpajanie przekonania, że nic są nie warci – to kolejne typowe cechy despoty. Życie z despotą, nawet tym, który nie przejawia skłonności do przemocy fizycznej, jest bardzo trudne, ponieważ despotyczne zachowania są de facto przemocą psychiczną. Mobbingujący szef despota, czy mąż, któremu żona boi się sprzeciwić to toksyczne relacje, od których należy się uwolnić, nawet jeśli bywa to trudne i wymaga pomocy z zewnątrz. Jak radzić sobie w związku z despotą? Wiedzieć kim jest despota, a umieć rozpoznać despotę w swoim otoczeniu, to dwie różne rzeczy. Despoci to osoby o silnej osobowości, która potrafi imponować i oczarowywać. Może więc się zdarzyć, że wejdziemy w bliską, głęboką relację z despotą, ulegając jego wdziękowi naturalnego lidera. Jednak związek z despota rzadko należy do udanych i satysfakcjonujących – despota z zasady nie dba o potrzeby innych, tylko o realizację własnych planów. Związek z despotą, nawet dla osób ugodowych i podległych często łączy się z cierpieniem psychicznym, utratą poczucia własnej wartości, depresją. Co powinno zapalić w naszej głowie sygnały ostrzegawcze? Partner wykazuje niebezpieczne cechy despotyczne, jeśli: poucza i zwraca nam uwagę, jak małemu dziecku wyśmiewa i upokarza nas w towarzystwie często podnosi głos, robi awantury o drobiazgi, nigdy nie przeprasza ani nie dziękuje chce kontrolować nasze kontakty – mieć np. dostęp do mediów społecznościowych partnera nie znosi nawet najlżejszej krytyki. Często jedynym wyjściem w związku z despotą jest po prostu zerwanie toksycznej relacji. Istnieje niewielka szansa, że despotyczny partner czy partnerka (despotami wbrew pozorom bywają także kobiety) zechce poddać się terapii dla par i przepracować problemy. Na taką propozycję zareaguje zapewne gniewem, bo w jego opinii on czy ona nie może być źródłem żadnych problemów, a wina zawsze leży po drugiej stronie. Szef despota – jak się bronić? Despoci są urodzonymi przywódcami: skupieni na celu, bezwzględni, łatwo wydający polecenia. Nic więc dziwnego, że często trafiają na stanowiska kierownicze. Jak poznać, że trafił nam się szef despota? Oto kilka cech, które mogą na to wskazywać: często krytykuje i nigdy nie chwali potrafi ośmieszyć pracownika publicznie wprowadza atmosferę terroru i lęku nie znosi sprzeciwu nie pozwala pracownikom współdecydować, nawet w błahych kwestiach sukcesy zespołu przypisuje wyłącznie sobie. Despota dąży do posiadania wpływu i nieustannie poszerza metody kontroli: nie ufa pracownikom i ciągle ich sprawdza: o której przyszli do pracy i o której z niej wyszli. Despota w pracy nie akceptuje partnerskiego modelu zarządzania, sam wyznacza nowe cele, metody ich realizacji i czas na ich wykonanie, niechętny jest też burzom mózgów. Co gorsza despotyczny szef nie docenia cudzych kompetencji – woli ludzi uległych i posłusznych niż kompetentnych, o wysokich kwalifikacjach. Traktuje ich bowiem jak konkurencję i zrobi wszystko, by uprzykrzyć im życie. Despotyczni szefowie często więc dopuszczają się mobbingu. Zobacz także: Jak się uspokoić podczas ataku paniki? Ja też miałam ten problem, że często z mężem kłóciliśmy się, często mąż mnie wyzywał od najgorszych, często również przy dziecku i znajomych. Wielokrotnie przeglądałam różne fora dyskusyjne, i czytałam różne porady, niestety nic nie działa. Jedną z pierwszych metod które zastosowałam przeczytaniu poradników było zmienić siebie na atrakcyjniejszą, aby mężowi zaczęło zależeć. Niestety efekt był odwrotny od zamierzonego, zaczęły się kolejne kłótnie, ale teraz pretekstem było to, że się pindraczę i w dodatku dla jakiegoś gacha. Mąż zaczął mnie wyzywać jeszcze gorzej niż wcześniej. Zastosowałam kolejną metodę: nie odzywałam się, nie prowokowałam i nie wchodziłam w żadne dyskusje. Działało tylko przez chwilę, kilka dni spokoju, a potem balonik pękł i była jeszcze gorsza awantura. Nie dość, że mąż mnie wyzywał od dziwek, to jeszcze na dodatek robił to przy naszym dziecku… Nie wiedziałam co robić. Wielokrotnie próbowałam mu uświadomić, że mnie rani, że nie może tak się zachowywać, próbowałam mu wytłumaczyć, że powinien się zmienić, że powinien mnie szanować i przede wszystkim nie może być w stosunku do mnie agresywny. Niestety żadne tłumaczenia do niego nie trafiały. 7 lat… Nasze małżeństwo miało już ponad 8 lat i jak to w powiedzeniu było, że po 7 latach się sypie, niestety tak też było u nas. Pierwsze 7 lat było cudowne, kwiaty, kolacje, ochy i achy, potem zaczęło się sypać, zaczęły się kłótnie (bez powodu) wyzwiska, obrażanie. Na szczęście nigdy mąż mnie nie uderzył, ale obawiałam się, że do tego może dojść. Starałam się pielęgnować nasze małżeństwo zarówno od strony intymnej, jak i na zewnątrz, to ciasto upiekłam, to oglądałam z nim piłkę (nie cierpię piłki) to starałam się spędzać z nim czas. Kocham męża… Cierpiałam, ale kochałam, i nie chciałam rozbijać naszego małżeństwa, przede wszystkim dla naszego dzieciaczka. Cudnego małego Bartusia wtedy miał już 5 lat i potrzebował zarówno mamy jak i taty. Niestety mąż mój zaczął coraz częściej wracać późno do domu, zaczęłam podejrzewać go o zdradę, ale mimo wszystko ciągnęłam to dalej. Był to piątek, wróciłam z pracy trochę wcześniej niż zazwyczaj i miałam zamiar przygotować fajny obiad mojemu, Bartusia zabrałam z przedszkola, szybkie zakupy i wzięłam się za pichcenia, miałam jeszcze około 2 godziny do powrotu męża. Obiad prawie gotowy, stół elegancko nakryty, świece nawet przygotowałam, wino, te sprawy… no i szybko podmalowane oko – gotowa. Przyszedł z niewyraźną miną i od progu zaczął się czepiać, że dziecko niedopilnowane samo się bawi w pokoju (Bartek ma już 5 lat, nie potrzebuje non stop opieki), że świeczki to na święta się stawia, że wymalowałam się, czy gdzieś wychodzę, zamiast mu obiad podać i zaczęło się: wyzwiska, poniżanie. Do dzisiaj nie wiem dlaczego mąż mnie wyzywał. Wzięłam torbę Bartusia, wrzuciłam jego kilka podstawowych ciuchów, torebkę i wyszłam z domu. nie wróciłam. Odeszłam od męża… Początki nowego życia były trudne, najpierw zamieszkałam na chwilę u mojej mamy, by potem wynająć sobie malutkie mieszkanko, rozwód ciągnął się jak flaki z olejem, bo albo nie przychodził na rozprawę, albo odwlekał, że chce byśmy byli razem i takie tam. Wiem jedno To że się rozstaliśmy było najlepsza decyzją jaką w życiu podjęłam. Teraz już jako starsza i bardziej doświadczona kobieta potrafię wyfiltrować facetów, którzy nie mają szacunku do kobiet i w ogóle z takimi nie utrzymują żadnych kontaktów. A miłość mojego życia pewnie jeszcze nadejdzie.

mąż ciągle mnie poucza